Ostrówki 2012, obóz pierwszy

 

Od 27 kwietnia do 2 maja grupa wolontariuszy pod dowództwem dr Leona Popka przebywała na terenie kilkusetletniej, dziś już nieistniejącej, wołyńskiej miejscowości Ostrówki. Przez tych kilka upalnych dni przeprowadzono szereg prac porządkowych na terenie trzech polskich cmentarzy: Luboml, Jankowce i przede wszystkim wspomniane Ostrówki, położone w odległości 20 kilometrów od granicy (na wysokości Dorohuska) gdzie rozbito właściwy obóz.

             Głównym powodem przyjazdu do Ostrówek była 200 kilowa figura Matki Boskiej ufundowana przez lubelski oddział Katolickiego Stowarzyszenia ,,Civitas Christiana”. Dzień wcześniej organizatorzy obozu sposobiący się do wyjazdu spotkali w jednym z lubelskich sklepów zafrasowanych przedstawicieli lubelskiego Civitas Christiana w osobach prezesa Marka Korycińskiego oraz dyrektora Marcina Sułka. Opakować szczelnie dość ciężką, mierzącą 160 cm figurę nie było łatwo, ale udało się. Nam pozostało przewieźć ją bezpiecznie przez granicę, co również powiodło się bez zarzutu. Na samej granicy zdziwienie malujące się na twarzach weteranów wołyńskich eskapad warte było uwiecznienia na fotografii: na przejściu granicznym pusto, z jednej i z drugiej strony. Ruszamy, więc dalej. Pogoda słoneczna, co już za chwilę stanie się przekleństwem wszystkich - może z wyjątkiem dziewcząt - obozowiczów. Opalenizna wciąż zdaje się w modzie. Już w samych Ostrówkach rozbijamy błyskawicznie obóz dzieląc zadania: jedni wyładowują prowiant, narzędzia oraz bagaże, drudzy kopią fundament, na którym stanie figura Matki Boskiej, jeszcze inni przygotowują obozowisko do funkcjonowania w warunkach polowych. Te mimo, że z założenia nie naznaczone komfortem wymagają jednak pewnej funkcjonalności. Jeszcze tego samego dnia mamy do dyspozycji palenisko, kabinę prysznicową, dwa stoły, kilka ławek, lodówkę i osiem namiotów mających pomieścić 14 uczestników eskapady. I tylko namioty i palenisko są tymi elementami cywilizacji, które zabraliśmy z domów (resztę zobaczycie na fotografiach). Bo czyż nie warto zamienić choćby na chwilę żyrandola na święcę, dywanu na mech, a inernetowego czatu przy komputerze na dialog z żywym człowiekiem przy ognisku? Jeszcze pierwszego dnia udaje się zakończyć budowę małego pomnika na lubomelskim cmentarzu, przy którym pracuje Anatol Sulik, opiekun miejsc pamięci narodowej z Kowla wraz z Witoldem Warakomskim, wolontariuszem-arystokratą. Pomnik w Lubomlu, postawiony przez Anatola na prośbę Rodziny upamiętnia Polaków z pobliskich Kątów zamordowanych w sierpniu 1943 roku, tuż przed eksterminacją Ostrówek i Woli Ostrowieckiej, dokonanej przez tą samą bandę morderców z Ukraińskiej Powstańczej Armii (kureń Łysego). Na pomniku imiona pięciu osób z rodziny Macegoniuków…                                                                                                                  

             Wieczorem siadamy przy ognisku. Kolacja, pogawędka, a potem władzę nad obozem przejmują śpiewający uczestnicy wyprawy. Prym wiodą: Anatol, tym razem bez nieodłącznej harmonijki i Piotr Gawryszczak, wiceprezes Fundacji Niepodległości. Nikt tak nie śpiewa wołyńskich pieśni jak Anatol i nikt tak nie zna tekstów Jacka Kaczmarskiego jak Piotr. Reszcie pozostaje dołączać się w tych fragmentach wokaliz, które zdają się być znajome. Codziennym rytuałem stanie się też nocne zapalanie zniczy na cmentarzu. Płonące ogniki w księżycowej poświacie kradną nam sen, ale tysiąc razy bardziej warte są kontemplacji niż dzieła dawnych mistrzów Impresjonizmu. Powoli senni rozchodzimy się do namiotów. Rano, z niewielkim tylko odcieniem litości poderwie nas do pracy Leon. Nic to jednak przy pobudce zafundowanej grupie o 6-ej nad ranem w jeden z kolejnych poranków przez jednego z uczestników obozu, Zdzisława Koguciuka. Uruchomić o tej porze piłę motorową by porżnąć drzewo potrzebne do ugotowania obiadu! to przykład zapobiegliwości doprawdy rzadkiego formatu. Drugiego dnia tuż po śniadaniu ruszamy do działań. Dziewczyny: Dorota Jurkowska, Weronika Gągała i Agata Stańczyk – Cegiełka zaczną malować drewnochronem krzyże – 77 sztuk. Te krzyże ufundował w roku poprzednim gubernator wołyński Borys Kłymczuk. I w roku 2011 zostały one wkopane na terenie cmentarza w Ostrówkach. Teraz trzeba je zabezpieczyć przed korozją. Wykopywaniem i przenoszeniem wysokich, ponad półtorametrowej długości, ciężkich, dębowych krzyży zajmie się Piotr. I nikt nie powie teraz, że cienko śpiewa. Wiceprezes Fundacji Niepodległości staje na wysokości zadania. Z kolei Małgosia Bryła zajmie się plewieniem wszędobylskich na ostrowieckim cmentarzu chwastów. Najliczniejsza grupa obozowiczów zostaje skierowana do pracy przy wylewaniu fundamentów, na których stanie - w centralnej części cmentarza - figurka Matki Boskiej. Dyryguje Anatol, wspiera go Krzysztof Giedz, Tomasz Kępa, syn Edward, który także jest z nami od początku obozu oraz Witek. Pracy jest aż nadto: dowozić kamienie oraz piasek, przygotować zbrojenie z drutów, robić zaprawę cementową mieszaną ręcznie, a następnie równomiernie ją wylewać to nasze zadanie na ten dzień. I wszystko to w skwarze i kurzu. I nikt się nie skarży, wręcz przeciwnie: humory dopisują. Ot choćby jak w sytuacji, gdy trzech kolegów siada na ławce by chwilę odpocząć, a czwarty komentuje ten obraz głośno: zawodnicy sumo z trenerem. W czasie przerwy w pracy Anatol ręcznie wymaluje logo Fundacji Niepodległości na taczce. Główny sponsor naszej wyprawy ma prawo do tak brawurowej reklamy. Choć jeden z kolegów w niepodległościowym orle dopatrzy się gęsi... więc dostanie zakaz korzystania z taczki. A piasek, wodę i kamienie dostarczać trzeba bez ociągania. Tak kończą ci, co nie znają się na ornitologii.

         Tego dnia dyżur na kuchni pełni Jerzy Drąg co zaowocuje pycha – obiadem: klopsiki i gołąbki do wyboru z ziemniakami i sałatką ze świeżych ogórków. Po obiedzie Leon zarządza upał, nie protestujemy, cóż nam pozostało: robimy sjestę. Tak będzie każdego dnia, słońce staje się w porze obiadowej nie

do zniesienia i trzygodzinna przerwa pozwala rozsądnie szafować siłami. Tego dnia spostrzegamy w końcu brak komarów, które podczas wcześniejszych eskapad na ostrowieckie biwaki były prawdziwą zmorą ich uczestników. Inny brak, który spostrzegamy jeszcze wczoraj jest smutnym proroctwem, oby mylnym: na niedokończonym pomniku ofiar rzezi w Ostrówkach brak orła z mosiądzu. Puste otwory w centralnej części krzyża - tyle zostało z polskiego godła… Wieczorem nieoczekiwanie pojawiają się goście. To wycieczka z Łodzi, a pośród wycieczkowiczów rozpoznajemy znajome twarze: komendanta letniego obozu harcerskiego w Kostiuchnówce, Jarosława Góreckiego, który gości naszą grupę od kilku lat na terenie swojego obozu, jego żonę, druhnę Małgosię oraz zastępcę, Marcina Szmaję, a także osoby poznane w roku poprzednim podczas otwarcia polskiego schroniska w Kostiuchnówce (w budynku przedwojennej polskiej szkoły): komendantkę Chorągwi Łódzkiej ZHP, Ewę Grabarczyk oraz Wojewodę Łódzkiego, panią Jolantę Chełmińską. Po wylewnych powitaniach Leon prowadzi naszych gości pod pomnik upamiętniający ofiary UPA - mieszkańców wsi Ostrówki i Wola Ostrowiecka, zamordowanych tu 30 sierpnia 1943 roku. Pomnik wciąż jeszcze niedokończony – brak na nim tablic z nazwiskami pomordowanych i wspomnianego, państwowego godła. Na prośbę łódzkich wycieczkowiczów opowiada im dzieje obu polskich wsi, od ich początków sięgających czasów Władysława Jagiełły aż po ów tragiczny, ostatni dzień sierpnia będący faktycznie ostatnim dniem w historii obu wiosek. Wywołane przez Leona obrazy - relacje ocalałych z rzezi, które sam zbierał - zastygają w powietrzu. Opowiadane tu, na miejscu tragedii w scenerii zachodzącego słońca kłują bezradnym pytaniem: dlaczego?! Pozazdrościłem wtedy psu, że umie wyrażać swoje uczucia wyciem. Ja, zamknięty w cywilizacyjnym gorsecie pozostałem niemy i milczący...

            Kolejny dzień naszego pobytu na Wołyniu – niedziela. Prawie całą grupą udajemy się do Lubomla. Nie wszyscy niestety, z obozowiczów mogą wziąć udział w tej eskapadzie, kilka osób zostaje na terenie obozu. Mimo że spotykamy się na co dzień z życzliwością mieszkańców (przynoszą nam między innymi świeże mleko) pobliskiej wsi Borowe, to dla porządku i gorącego obiadu pozostawiamy czwórkę dyżurnych w Ostrówkach. Po drodze odwiedzamy lokalnego wójta, Wołodymyra Kryżuka, który złoży nam później krótką rewizytę na terenie obozu. A potem ruszamy na trasę. Cel pierwszy – lubomelski cmentarz, stara polska nekropolia, której początki sięgają końca XVIII wieku. Miejsce ostatniego spoczynku przedstawicieli magnackiej rodziny Branickich, lubomelskich mieszczan, ale przede wszystkim okolicznych chłopów. Prawdopodobnie, na tym cmentarzu została pochowana babcia wybitnego polskiego pisarza Bolesława Prusa (Aleksandra Głowackiego), która do śmierci mieszkała w rodzinnym majątku Maszowie, należącym do lubomelskiej parafii. Cmentarzem od 2009 roku opiekuje się grupa młodzieży i wolontariuszy z Lublina, która rokrocznie podczas wakacyjnego obozu wędrownego na Wołyniu, przez kilka dni pracuje na tym cmentarzu. Dzisiaj, więc przypomina on cmentarz, ale wystarczy sięgnąć do nieodległej pamięci by przywołać obrazy z pierwszej wizyty na tej nekropolii (lipiec wspomnianego 2009 roku), gdy podczas letniego rekonesansu z Leonem i Anatolem zastanawialiśmy się nad podjęciem prac na kolejnych cmentarzach. I stojąc tuż przy tym lubomelskim, zupełnie go nie dostrzegłem. Jak to możliwe, nie zobaczyć długiego na 155 metrów i szerokiego na ponad 110 metrów cmentarza? Wystarczy wyobrazić sobie las żeby zrozumieć, że nie potrzebuję zapisywać się do okulisty (vide zdjęcia). Od czasu II wojny światowej teren cmentarza porastał roślinnością, częściowo płyty nagrobne zostały w latach 50-tych rozszabrowane przez miejscową ludność na materiał budowlany, a w rogu cmentarza, przy ulicy, przed wojną Chełmskiej, obecnie Drużby przez pewien czas było nawet wysypisko śmieci. Zresztą pracując na samym cmentarzu w ciągu ostatnich lat natykaliśmy się na szkielety zakopywanych tu zwierząt np. konia czy psa. Wystarczyło pół wieku, żeby zamienić ten poukładany świat przedwojennych nagrobków w powojenny chaos gęstniejącego lasu... A dzisiaj? Retoryka jest zbędna w tym miejscu, zobaczcie po prostu zdjęcia! W Lubomlu poznajemy nowego proboszcza parafii p. w. Świętej Trójcy, księdza Walentego Rolingera. Proboszcz jest nowy, za to parafia wiekowa - w tym roku obchodzić będzie 600 lat! Parafia w Lubomlu powstała w roku 1412, kiedy to król Władysław Jagiełło ufundował murowaną świątynię nawiązującą architektonicznie do dominującego w tej epoce gotyku. Na przestrzeni kolejnych wieków, trawiona przez pożary, reanimowana przez kolejnych architektów, na początku XVII wieku otrzymała barokowy sztafaż. Obok kościoła, w roku 1640 powstała dzwonnica, również do dziś istniejąca. W 1791 roku parafia w Lubomlu liczyła 2348 wiernych i należało do niej miasto Luboml oraz wsie i przysiółki w ogólnej liczbie 31 miejscowości. W tym czasie zmarłych grzebano, zgodnie zresztą z ówczesną tradycją na niewielkim, przykościelnym cmentarzyku. I dopiero zarządzenia wynikające już z ducha nowej, Oświeceniowej epoki nakazały przenieść cmentarz grzebalny poza miasto. Tak też powstało nowe miejsce pochówku dla wiernych z parafii Świętej Trójcy w Lubomlu, wspomniany cmentarz przy ulicy Drużby. Przy cmentarzu spotykamy znajomych, młodych Ukraińców. Podczas wakacyjnych obozów towarzyszą nam podczas porządkowania tutejszego cmentarza. Czasem popracują, czasem pograją w piłkę nożną na pobliskim boisku z polskimi rówieśnikami, zawsze zaś chętnie porozmawiają z polskimi dziewczętami. Zawsze potem, po naszym pobycie zostaje kilka złamanych, niewinnych, ukraińskich serc. Mam niejakie, choć drobne wątpliwości czy to dobrze służy dialogowi polsko-ukraińskiemu.

         Przed kościołem spotykamy wycieczkę z Krakowa. Kolejni Polacy na tej do niedawna bezludnej wyspie polskości. Wołyń, kraina tak okrutnie oćwiczona przez Historię zdaje się wracać do polskiej zbiorowej pamięci. To cieszy. Po mszy historię lubomelskiego kościoła opowiada nam Anatol, ochrzczony w tej świątyni. Przyjrzyjcie się fotografiom - zrobionym w kościele – dokładnie, a dostrzeżecie wyraźne zniszczenia na ścianach. To ślady komunizmu, efekt przechowywania w kościele nawozów rolniczych, gdy ze świątyni zrobiono magazyn soli. Dlatego dziś kościół w Lubomlu wymaga szeregu prac remontowych.

         Po mszy świętej ruszamy dalej. Najpierw nad nieodległe jezioro Wielkie Czarne, skąd po zażyciu kąpieli przez niektórych obozowiczów wyruszamy na poszukiwanie pewnego mitycznego niemal wzgórza. Góra Kościuszki, botak się ono nazywa, leży gdzieś w Lasach Szackich, w pobliżu wsi Adamczuki, 30 kilometrów na północ od Szacka. Po zasięgnięciu języka od okolicznych mieszkańców i prowadzeni niezawodnym instynktem tropicielskim Anatola docieramy na miejsce. Położona w kącie świata (nie znajdziecie jej na żadnej mapie) i zapomniana góra, której nawet nazwa jest niewiadomego pochodzenia, warta jest wysiłku by ją odnaleźć. Legenda głosi, że był na niej naczelnik Kościuszko, ale być może to tylko echo dawnych opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Po wejściu na szczyt (niewiele, ponad 100 metrów) odpoczywamy chwilę. Grzbiet góry porasta sosnowy las. Schodzimy stromym zboczem z drugiej strony natykając się na urokliwe jeziorko położone w naturalnej niecce okolonej zielenią i ciszą. Sielski obrazek. Tak musiał wyglądać raj Adama i Ewy... W powrotnej drodze zatrzymamy się jeszcze na chwilę przy anonimowym grobie położonym przy drodze Luboml – Szack, w pobliżu wsi Położewo. To grób porucznika Jacka Tomaszewskiego z oddziału KOP (szwadron Bystrzyca) gen. W. Orlika Ruckemanna. Tu poległ we wrześniu `39 roku i tu spoczywa do dziś. Wracamy na teren obozu, gdzie czeka na nas gość z Ukrainy, Ołeksy Złotohorskij, zawiadujący firmą archeologiczną specjalizującą się m.in. w ekshumacjach. Ta firma (Wołynski Starożytnosti) ma wesprzeć polską ekipę przy poszukiwaniach masowej mogiły polskich ofiar UPA, pochowanych na terenie wsi Ostrówki, w gospodarstwie Suszków, jej przedwojennych mieszkańców. Pana Ołeksego i towarzyszącego mu kierowcę podejmujemy kolacją. I już pora na tradycyjne, codzienne ognisko. Przy dobrej gawędzie czas mija szybko. Z tego wieczoru pozostanie mi cudny dialog w głowie, gdy Leon zwracając się do Anatola zapyta go o tajniki jego warsztatu literackiego. - Ty masz Anatol taką łatwość pisania, taką lekkość pióra, ty pewnie przy jednym piwie potrafisz i z pięć stron tekstu od ręki napisać... - Eee, czasem to lepiej przy ćwiartce idzie... – odpowie Anatol ze swadą.

               Kolejny – czwarty dzień obozu – rozpoczynamy od prac przy budowie postumentu, na którym stanie figurka Matki Boskiej przywieziona z Lublina. Dziewczyny biorą się do malowania cmentarnych nagrobków, których w sumie pomalują dwadzieścia. Zdzisław z Dorotą wyjeżdża na cały dzień. Ich kierunek to Jankowce i Luboml, gdzie przeprowadzą gruntowne opryski, które mają zahamować plewienie się chwastów. Zaopatrzeni w prowiant wrócą dopiero wieczorem na kolację. Tego dnia udaje się zbudować wysoki na dwa metry postument, uzbrojony w żelazne pręty, wzmocniony kamieniami, solidny. Nie bez znaczenia dla obozowej higieny będzie druga powstała tego dnia budowla. Oto Krzysztof z Edkiem wzniosą tamę na pobliskiej rzeczce, co sprawi, że przybędzie nam kolejny element cywilizacji – naturalne jacuzzi. I znajdą się tacy, co będą tam zażywać niekończących się, nudnych kąpieli.

           Wieczorem jak zwykle przychodzą na cmentarz okoliczni mieszkańcy: popatrzeć, zamienić słowo, albo po prostu pomodlić się. My mamy swoją teorię: przychodzą żeby zobaczyć grafa Warakomskiego (a może i dostać od niego autograf), wnuka ostatniego starosty lubomelskiego i naturalnego dziedzica okolicznych ziem. Witold ze spokojem znosi nasze uwagi, od czasu do czasu rzucając tylko z nonszalanckim grymasem: bo batożyć każę wieczorem. Jak graf to graf i na przestrzeni dwóch tylko pokoleń geny nie zdążyły jeszcze pozbawić go wielkopańskiej buty a zaszczepić demokratycznego obycia. Tego wieczoru dołącza do nas tato Doroty - Jerzy, wraz ze swoimi ukraińskimi znajomymi, więc kolacja i pogawędka naturalnie się przedłużają. A i repertuar pieśni staje się bogatszy o kilka godzin. Anatol jest w swoim żywiole, śpiewa, gra i stepuje, każdą wykonywaną przez siebie pieśń obudowując sugestywną pantomimą. Amerykanie mówią o takim występie: one man show. I to oddaje ducha tamtej nocy.

       Dzień piąty to przede wszystkim finalizacja rozpoczętych prac. Dziewczyny wracają do malowania. Tym razem z drabiną i towarzyszącym im Edkiem udają się na miejsce dawnej wsi Ostrówki. To tu trzeba pomalować figurkę Matki Boskiej Ostrowieckiej stojącej w tym samym miejscu, co przed laty. A po drugiej stronie drogi przebiegającej kiedyś przez rojną wieś – krzyż. Ten krzyż to memento tamtego sierpniowego, tragicznego dnia. Samotny, pośród wysokiej trawy, anonimowy. W 1943 roku znajdowało się w tym miejscu gospodarstwo Jana Trusiuka. W jego obrębie mordercy spod znaku UPA zakopali ciała 82 ofiar. Ich szczątki ekshumowano w roku 1992. I pochowano na ostrowieckim cmentarzu. U stóp samotnego krzyża – irysy, tylko one przetrwały w Ostrówkach gehennę upowskiej pożogi. Z kolei inna historia związana jest z figurką Matki Boskiej. Kościół ostrowiecki został spalony feralnego sierpnia 1943 roku, natomiast sama figurka zaginęła. Odnaleziono ją w latach `90-tych i umieszczono tam gdzie stała przed wojną tj. przed kościołem. Figurka była wprawdzie pozbawiona głowy i rąk, ale to tylko przydawało kalekiej sylwetce niepokojącej symboliki. Była niemym świadkiem tamtych, tragicznych wydarzeń. W tym roku zdjęto ją z postumentu stawiając u jego stóp, na nim zaś umieszczono nową, nieskazitelną figurkę – dar gubernatora wołyńskiego... Dziewczyny kończą swoją pracę późnym wieczorem. Tego dnia, podobnie jak kilka dni wcześniej odwiedza nas tutejszy dzielnicowy. Pyta o nasze warunki bytowe, bezpieczeństwo i termin wyjazdu. Ta życzliwość władz począwszy od lokalnego stróża prawa przez wójta aż po gubernatora to echa dwudziestu lat eksploracji Wołynia przez Leona i Anatola. Wszyscy ich tu znają, szanują i częstują. To między innymi dlatego urocze pseudo Anatola – Duch Polesia – brzmi niekiedy w ustach zazdrośników jak: chuch Polesia.

       Tego dnia wieczorem dokonuje się także rytualna uroczystość powrotu tego skrawka wołyńskiej ziemi do macierzy. Krzysztof wciąga strzępek polskiej flagi na maszt przy wyprężonych na baczność szeregach obozowiczów. A potem siadamy do ostatniej już kolacji. Jutro czeka nas najtrudniejsze zadanie podczas tego pobytu: wciągnięcie 200-kilowej figury Matki Boskiej na dwumetrowy postument. Pierwsze prace zostały już poczynione: przede wszystkim przygotowanie drewnianych części rusztowania ustawionego w kształt trójnogu u szczytu, którego zainstalujemy bloczek używany powszechnie na budowach do wciągania na górę materiałów budowlanych. Rankiem jesteśmy już wszyscy na nogach. Kończymy sprawnie budowę wspomnianego, trójkątnego rusztowania i owijamy pasami i linami figurkę Matki Boskiej. Jeszcze tylko kilka szarpnięć i powoli wciągamy posążek na postument. Udało się. I w sumie bez strat, nie licząc lekko nadłamanego małego palca prawej ręki...Matki Boskiej, który od razu sklejamy.

       Cóż jeszcze? Zwijamy obóz, robimy ostatnie zdjęcia i … planujemy kolejny biwak. Na koniec żegnamy się z Anatolem i Edkiem, którzy wracają do Kowla. My kierujemy się w stronę Jagodzina. Granicę przekroczymy błyskawicznie, między innymi dzięki glejtowi otrzymanemu z polskiego Konsulatu w Łucku za co składamy niniejszym serdeczne podziękowanie na ręce pana Konsula Marka Martinka. Po drodze zatrzymamy się jeszcze w Chełmie u państwa Giedzów. Pani domu, żona Krzysztofa, Teresa podejmie nas po królewsku, a domowa kolacja po seryjnych posiłkach z konserw będzie smakować podwójnie. Późnym wieczorem docieramy do Lublina. Zmęczeni, opaleni i... zadowoleni. Niewiele jest bowiem tego rodzaju satysfakcji, która godzi intensywny wysiłek z poczuciem kojącej duszę dumy.

Tekst: Jacek Bury

Zdjęcia: Dorota Jurkowska & Jacek Bury

 

 

Fundacja Niepodległości współorganizowała i współfinansowała cały sześciodniowy wyjazd czternastoosobowej grupy wolontariuszy do Ostrówek, w którym udział wzięło także dwóch członków Zarządu, a także przedstawiciel Rady Programowej Fundacj

FE PL na jasne tlo 240

FUNDACJA NIEPODLEGŁOŚCI
ZOSTAŁA UHONOROWANA NAGRODĄ
XXV FORUM EKONOMICZNEGO
W KRYNICY

DLA ORGANIZACJI POZARZĄDOWEJ
EUROPY ŚRODKOWO-WSCHODNIEJ

(2014)



Logo sklep



Nagroda Prezydenta RP 200



GEH



Bohater NKD



rok zolnierzy wykletych

 

Logo RZT

 

300x600 tlo 

raze z ulraina logo3

YouTube logo full color

logoCK

Adam Plakat 1 proc 2016 FB 800x800

PROSIMY O WSPARCIE 1%
DLA CHOREGO DZIECKA
NASZYCH PRZYJACIÓŁ
KRS: 0000037904
CEL: 14622 ADAM WACHOWICZ

Dzięki za pomoc!
Może się przydamy dziecku...